Dlaczego nie wychowuję do kompromisu

Obudziłam się dzisiejszego ranka na wezgłowiu ciężkim jeszcze od wczorajszego postanowienia. Przyszła pora na pierwszy (po powitalnym) wpis – wpis godny całego tego przedsięwzięcia. Dzieci moje – pomyślałam – niezawodne są w kwestii dostarczania mi tematów do analizy, toteż problemu nadmiernego nie będzie.

Dzień jednak, jak na złość, mijał bezkolizyjnie i tak też weszliśmy w wieczór. Ani markotnie, ani tym bardziej buntowniczo. Czyżby miały mnie zawieść? One, które niemal co dnia wystawiają na próbę maminą cierpliwość i jej ambitne postanowienie niekrzyczenia oraz ciepłego, pełnego zrozumienia i życzliwości załatwiania wszelkich międzyosobowych niedomagań? Nie może być! I nie było, rzecz jasna, bo pierwszy zgrzyt nastąpił dokładnie wtedy, kiedy zaczęłam dumać nad tematem zastępczym dla swojego pierwszego (po powitalnym) wpisu. Zgrzyt, jak się później okazało, bardzo rozwojowy i potrzebny, ale o tym za chwilę.

Sprzątanie pokoju, Drodzy. Sprzątanie własnego pokoju nie należy do tych czynności, do których dzieci jakoś wyjątkowo się garną. Moje córy (4 oraz 5,5 r.ż.) nie są w tym względzie specjalnie odosobnione, choć zdarza im się znikać za drzwiami własnego pokoju na kilkadziesiąt minut i sprawiać mi cudną niespodziankę w postaci uprzątnięcia swojego małego królestwa. Dzisiejsze wieczorne sprzątanie okazało się dla nas wszystkich ważną lekcją i to nie tylko lekcją robienia porządków… Dla mnie bowiem stało się kolejną okazją do ćwiczenia swojej cierpliwości, empatycznego słuchania i takiegoż reagowania (przy jednoczesnym bieganiu pomiędzy trzema pokojami!) na aktualne – a nie zawsze jasno wyrażane – potrzeby dziatwy; dla moich córek – okazją do zapoznania się z sensem i potrzebą wdrażania w życie pewnej kompetencji, którą to kompetencję, owszem, nazwę, ale za chwilę. Pozwólcie, że zatrzymam się w tym miejscu.

Jestem rodzicem, w związku z czym spoczywa na mnie odpowiedzialność za wychowanie moich dzieci. Pojęcie wychowywania, jak każdy wie (a jeśli nie, najwyższa pora to zmienić!), implikuje świadome i intencjonalne oddziaływanie na dziecko. Intencjonalne, czyli celowe. W tym jednym, prostym słowie zawiera się właśnie cała istota wychowania. Działam celowo, a więc świadomie dążę do wykształcenia w moich dzieciach prawidłowej postawy wobec siebie samych, wobec świata, wobec ich przyszłego życia. Intencja, czy inaczej cel wychowania, zależy od wychowawcy. Jeden rodzic rozumie wychowanie jako takie kierowanie rozwojem młodego człowieka, które wykształci w tym ostatnim odpowiednie postawy i nawyki (np. bezwzględne posłuszeństwo). Dla kogoś innego wychowanie może być jednoznaczne z opieką nad dzieckiem, a więc niejako ze skoncentrowaniem się na fizycznym wymiarze życia dziecka. Jeszcze inny rodzic (i ja do tej grupy właśnie należę) rozumie wychowanie jako proces zmierzający do doskonalenia, ale – uwaga – do doskonalenia tak dziecka, jak i rodzica. I to w każdym wymiarze jego życia (o moim uwielbieniu do Frankla i jegoż logoterorii innym razem). Staram się wychowywać swoje dzieci w duchu partnerstwa i szacunku dla ich potrzeb. Staram się nie wymagać, a wspomagać. Staram się słuchać, a nie nakazywać. Staram się nie „zewnątrzsterować”, a przygotowywać, mobilizować, pobudzać: do własnej aktywności, do zachowań zgodnych z oczekiwaniami społecznymi, z zasadami moralności, do wartości. Dzisiejszy wpis jest o wykształcaniu w dzieciach, jak już wcześniej wspomniałam, pewnej kompetencji. Kompetencji, która nabyta w dzieciństwie, może zaważyć na dalszych losach młodego człowieka. Kompetencji niezbędnej do odpowiedzialnego realizowania ról społecznych – począwszy od choćby zawodowych, poprzez partnerskie/małżeńskie, aż po rodzinne.

Wróćmy do sprzątania (kompetencji nie mniej ważnej, zwłaszcza w przypadku płci… no właśnie, której?). Odniosłam wrażenie, że w tej jednej, stosunkowo krótkiej sytuacji symbolicznie przebrnęłyśmy przez wszystkie etapy rozwoju społecznego w kontekście przezwyciężania trudności. Jeżeli za ową trudność uznamy potrzebę posprzątania pokoju, to lament moich córek („Mamo, dlaczego my? Nie możesz ty posprzątać?”) doskonale ewokuje pierwszy etap zdobywania dojrzałości społecznej, jakim jest zabarwione egoizmem nastawienie na otrzymywanie. W momencie, gdy lament przerodził się w bunt i gniew („Nie zamierzam teraz sprzątać! Chcę oglądać bajkę!”. „I ja tes!”), byłyśmy już, paradoksalnie, o krok dalej. Zabieganie przymilne lub gniewne względnie wymuszanie jest bowiem kolejnym z etapów. Na szczęście gotowość do wchodzenia w dyskusję moje dzieci wyssały wraz z moim mlekiem, toteż mogłam podjąć pertraktacje. Cała sztuka polegała na tym, iż musiałam to robić niejako w biegu. Najmłodsze bowiem z moich latorośli (15 m.ż.) tkwiło w foteliku do spożywania pokarmów ustawionym w jednym pokoju, a jako, że było już po kąpieli, a moja podłoga wyjątkowo była wypucowana, zrezygnowałam z BLW i dobiegałam, by karmić. Średnia córka w dziecięcym pokoju oczekiwała na przyjście starszej siostry („Jak Nawojka nie przyjdzie, ja też nic nie będę robić!”), która to starsza siostra w jeszcze innym pokoju oczekiwała moich wyjaśnień („Mamo, dlaczego mam sprzątać z Mirą, skoro ona jest mała i nie robi tego tak, jak ja chcę?!”). Mediacje rodzinne to niełatwa, nomen omen, biegłość, ale jako osoba wprawna w pokonywaniu długich dystansów wyzwoliłam w moich córkach tę jakże istotną umiejętność, jaką jest odroczenie gratyfikacji w czasie („Dobrze, ja swoją połowę posprzątam teraz, a ona później”. „Dobrze, ona teraz, ja później”). Kompromis. Słowo klucz, nieprawdaż? Rozwiązanie, zdawałoby się, optymalne. Kompetencja niezwykle istotna w relacjach międzyludzkich, implikująca realistyczną ocenę sytuacji tudzież umiejętność zapanowania nad własnymi uczuciami. Moment, w którym większość rodziców byłaby dumna z własnych dzieci i uznałaby sprawę za rozwiązaną. Moment, w którym niemal każdy rodzic odetchnąłby z ulgą i zamknął temat. Moment, w którym ja… zacisnęłam zęby, zakasałam rękawy i podjęłam wysiłek pójścia o krok dalej. Dokąd prowadzący? Dowiesz się za chwilę…

W moim skromnym przekonaniu działanie kompromisowe pozostawia każdą ze stron z jakimś brakiem. W momencie, gdy dwie strony oczekują czegoś zgoła innego, a w sukurs przychodzi rozwiązanie zadowalające jedynie „w połowie”, każdy w pewnym sensie „traci”, pozostaje z uczuciem nienasycenia. Obie strony rezygnują z czegoś, ale rozwiązanie to nie zaspokaja ich. Czym jest zatem ten pożądany, ostatni etap osiągania dojrzałości społecznej w aspekcie pokonywania trudności w relacji międzyosobowej? Moje cudowne, mądre dzieci, zanim pozwoliły mi się tam poprowadzić, nieoczekiwanym zwrotem sytuacji udowodniły mi, że moje zabiegi wychowawcze nie idą w las! Nagłą zmianą postaw pokazały, że potrafią wznieść się na kolejne stadium, jakim jest umiejętność obdarowania innych („Dobrze, mogę posprzątać sama, a Mira niech idzie oglądać bajkę”. „Nie, ty idź na bajkę, a ja posprzątam”). Serce rodzica, cóż, rośnie w takiej chwili. Już tylko krok dzieli go wówczas od wspólnego wkroczenia na ostatni, upragniony i ciężko wypracowany poziom. Mowa oczywiście o współpracy! O twórczym współdziałaniu, w którym samo bycie w relacji i wspólne pokonywanie trudności jest już gratyfikacją. O takiej wzajemnej kooperacji, która jest kreatywna, która łączy, która raduje, wnosi ład i dialog, daje najlepsze owoce. Wybaczcie, Drodzy, przewrotny tytuł mojego wpisu. Nie neguję, rzecz jasna, potrzeby uczenia młodego człowieka zdolności do kompromisu. Postuluję jednak umiejscowienie kompromisu w szerszym kontekście wychowawczym.

Wypowiedz się!

Komentarze

Komentarzy