Kim jest moje dziecko?

IMG_9728-1300x866

Chodzi o to, by (…) mieć odwagę wyruszyć w tak trudną podróż,

jaką jest poznawanie ludzkiej natury

- Antoni Kępiński

 

 

Kim jest człowiek, którego wychowuję? Kim jestem jako człowiek? Jaka jest moja koncepcja człowieka?

Możemy nie zdawać sobie z tego sprawy, ale od odpowiedzi na pytanie o to, kim jest człowiek i jakie jest jego miejsce w społecznościach, do których należy, w dużej mierze zależy sposób, w jaki wychowujemy swoje dziecko. Portal PoradnictwoRodzinne.pl promował będzie personalistyczną wizję człowieka i taką też koncepcję wychowania. Nasze publikacje z zakresu wychowania ugruntowane będą w tym właśnie kierunku myśli i praktyki wychowawczej. Zanim jednak bliżej przedstawimy nurt traktujący dziecko przede wszystkim jako niepowtarzalną osobę, postaramy się pokazać, jakie jeszcze inne kierunki ukształtowały się w naszej Europie.

„Poza wolnością i godnością”, czyli słów kilka o inżynierii wychowawczej

Powyższe słowa ujęte w cudzysłów stanowią nie tylko streszczenie istoty inżynierii wychowawczej, a więc jednego z podstawowych nurtów myśli i praktyki wychowawczej w naszej części globu, ale są również tytułem książki autorstwa amerykańskiego psychologa, jednego z twórców i najważniejszych przedstawicieli behawioryzmu, Burrhusa Skinnera.

Człowiek rozumiany przede wszystkim jako członek swojej społeczności, dla którego całym sensem egzystencji jest spełnianie funkcji i zadań przez tę społeczność nań nakładanych, od pierwszych dni swojego życia będzie poddawany swoistej obróbce. Taka kolektywistyczna wizja człowieka nie traktuje bowiem dziecka jako pełnoprawnej osoby ani jako podmiotu współuczestniczącego w procesie wychowawczym, ale jako przedmiot, który poddać można zewnętrznemu przetwarzaniu. Na myśl nieuchronnie przychodzi w tym miejscu koncepcja behawiorystyczna wraz ze swoją wizją człowieka zewnątrzsterownego, która to koncepcja pozostaje w opozycji do rozumienia człowieka jako bytu autonomicznego, świadomie kierującego swoim losem. Behawiorystyczni uczeni, tworząc portret człowieka, którego zachowanie jest zaprogramowane, odrzucili koncepcję człowieka samodzielnego, aktywnego, posiadającego wewnętrzne motywy, potrzeby, dążenia. Aspirując do wejścia do klubu hard science („Gdyby współczesny fizyk sformułował hipotezę, że spadający kamień przyspiesza dlatego, że w miarę zbliżania się do ziemi wzrasta jego zadowolenie, naraziłby się na śmieszność”), spojrzeli na środowisko w nowy sposób. Według nich środowisko to konfiguracja czy mozaika bodźców (w skrócie S), które to bodźce sterują reakcjami człowieka (w skrócie R). Zachowanie R stanowi funkcję układu zewnętrznych bodźców S1, S2, … Sn, czyli R = f (S1, S2, … Sn). Proste? Aż nazbyt!

Zdegradowanie ludzkich zachowań do prostego wzoru matematycznego ukazuje, jak bardzo zniekształcony i zubożony obraz człowieka prezentują zwolennicy inżynierii wychowawczej. Jeśliby Drogi Czytelnik miał problem ze zlokalizowaniem spuścizny inżynierii pedagogicznej w zabiegach wychowawczych stosowanych przez współczesnych rodziców, szczerze zachęcam do skonfrontowania powyższych informacji chociażby z wiedzą na temat stosowania systemu nagród i kar w wychowaniu dzieci.

„Róbta, co chceta”, czyli o permisywizmie wychowawczym słów kilka

Założę się, że każdy czytający ten tekst przynajmniej raz w swoim życiu słyszał bądź czytał powstałą już kilkadziesiąt lat temu historyjkę, przytaczaną częstokroć przy okazji dyskusji o wychowaniu dzieci. Nie wiem, czy sytuacja, o której historyjka opowiada, wydarzyła się naprawdę, a jeśli wydarzyła się – w jakim pojeździe miała miejsce (słyszałam już o trolejbusie, autobusie, pociągu oraz tramwaju). Jedno wiem na pewno. Jakkolwiek zabawna wydaje się owa historyjka, jej przesłanie do najzabawniejszych nie należy. Dla przypomnienia:

Stoi sobie w trolejbusie pan, obok którego siedzi kobieta z dzieckiem na kolanach. Tłok oczywiście spory, a dzieciak ze swoistym zacięciem w oczach – kop! w nogę stojącego pana. Pan, przekonany, że to przypadek, nie odzywa się, jednak nie mija dłuższa chwila, a tu: kop! Drugi raz w tę samą nogę i bezczelny uśmiech dzieciaka. Na to zbulwersowany pan: „Proszę skarcić syna, on kopie mnie celowo w nogę”, a kobieta odpowiada: „Nie skarcę, wychowuję dziecko bezstresowo”. Mężczyzna zachowuje stoicki spokój, odsuwa się po prostu od niesfornego dziecka. Trolejbus staje na przystanku, obok kobiety z dzieckiem wstaje student i przymierza się do wysiadania. Zanim jednak wysiada wyjmuje z ust zżutą gumę, przykleja do czoła kobiety i mówi: „Wie pani, ja też byłem wychowany bezstresowo”, po czym wychodzi.

Z pojęciem bezstresowego wychowania, będącego tendencją reprezentatywną dla omawianego w tym miejscu kierunku, spotkał się chyba każdy. Termin ten posiada konotację negatywną, gdyż zachodnie społeczeństwo na własnej skórze zdążyło już doświadczyć opłakanych skutków rzeczonego nurtu. Najbardziej charakterystyczną cechą permisywizmu wychowawczego jest nadmierna tolerancja wobec – mylnie rozumianych jako wolne – zachowań dziecka, która wynika z tak zwanego relatywizmu moralnego. Relatywizm moralny zakłada, że nie istnieje obiektywna prawda ani obiektywne dobro, a o tym, co jest złe, decyduje sam człowiek. Można więc powiedzieć, że takie nadmiernie przyzwalające podejście wychowawcze, uciekanie rodziców od wychowawczej odpowiedzialności oraz lekceważenie wychowania jako takiego – są odbiciem zdominowanej przez indywidualizm mentalności europejskiej.

O tym, że taka kapitulacja wobec wyzwań wychowawczych skutkować może swobodą i bezwstydnością przy przyklejaniu komuś zżutej gumy do czoła, już wspomniałam. Zgubne skutki nadmiernie przyzwalającego i liberalnego stylu wychowania zasługują na osobny wpis.

Troska o pełny obraz człowieka

Wojtyła mówił i pisał o „błędzie antropologicznym”. Frankl określił to mianem „nihilizmu” i pisał o determinizmie zaczynającym się dokładnie tam, gdzie czyni się z obrazu pewnej warstwy obraz całego człowieka. Nie chcąc zagłębiać się w początki refleksji antropologicznej, jak również w zakorzenione już w nich trzy koncepcje człowieka pozostające ze sobą w konflikcie, skoncentruję się w tym miejscu na próbie ukazania personalistycznej wizji człowieka w kontekście wychowania.

Personalistyczna wizja człowieka, a więc rozumienie człowieka jako osoby. Rozumienie człowieka jako osoby, a więc jako istoty wolnej oraz rozumnej. Jako istoty wolnej oraz rozumnej, a więc takiej, która zawsze zachowuje pewien stopień indeterminizmu wobec uwarunkowań zewnętrznych. Jak to się ma do wychowania? Wychowując dziecko w nurcie personalistycznej wizji człowieka dbamy o jego integralność psychiczno-fizyczno-duchową. Jedność człowieka, zgodnie z tą wizją, tworzą trzy wymiary: biologiczno-fizjologiczny, który obejmuje procesy życiowe wspólne dla zwierząt, roślin i ludzi; psychologiczno-socjologiczny (wspólny ludziom i zwierzętom; obejmuje odruchy warunkowe, instynkty, emocje i uczucia); oraz duchowy lub noetyczny, który właściwy jest tylko ludziom, a obejmuje myślenie, świadome chcenie, wolne decyzje, postawy. Wymienione wymiary nie są od siebie oddzielone, ale wchodzą ze sobą w interakcje, np. niedobory w wymiarze egzystencjalnym, osobowym mogą mieć efekty somatyczne.

Podmiotowe odniesienie do dziecka niezbędne jest do podejmowania prawidłowego procesu wychowania. Szanując podmiotowość dziecka dbamy o dobre poznanie go, co dotyczy zwłaszcza zachodzących w dziecku zmian progresywnych (rozwój fizyczny, emocjonalny, intelektualny, wolitywny, społeczny, a także duchowy). Podmiotowe odniesienie do dziecka zakłada formowanie relacji z nim według zasady życzliwości, szacunku, spotkania i dialogu. Wejście z dzieckiem w dialog, otwarcie się na nie, ma fundamentalne znaczenie zarówno dla jego rozwoju osobowego, jak i dla rozwoju osobowego jego opiekuna – matki, ojca. Wychowanie bowiem nie jest relacją jednostronną. W wychowaniu uczestniczą dwie strony: ta, która potrzebuje być poprowadzoną, a także ta, która podjęła się odpowiedzialnej roli „prowadzącego”.

Szczerze wierzę w to, że wejście tych dwóch stron w relację dialogu, w relację wzajemnego szacunku dla swojej podmiotowości, daje lepsze gwarancje na ciągłość, skuteczność i siłę procesu wychowania aniżeli sterowanie dzieckiem i jego zachowaniem czy taka postawa rodzica, która zakłada rezygnację ze stawiania dziecku wymagań.

Wypowiedz się!

Komentarze

Komentarzy