Moje emocje – moja decyzja

Klasycznie – gotowanie dla pięcioosobowej rodziny wymaga skupienia. I czasu. Należy pamiętać o tym, że mąż wraca z dziećmi punktualnie kwadrans po piętnastej, w związku z czym punktualnie kwadrans po piętnastej obiad powinien być gotowy do podania. Klasycznie – skupić się na robieniu obiadu nie jest łatwo, gdy czas nagli. A nagli, bo oprócz zrobienia obiadu na godzinę kwadrans po piętnastej należało tego dnia zdać egzamin (sesja w pełni), obsłużyć zamówienia w sklepach, połechtać klientów, odpowiedzieć na maile, zrobić zakupy, posprzątać mieszkanie i wykonać szereg innych czynności, których efektów i tak nikt nie zauważy.

No to biegam. Wołowinka zmielona, pomidory ze skórki obrane, enteges tenteges rachatłukum, jak pisał Stachura, i obiad jest. Spoglądam przez okno, sztućce, biegnę do stołu, kompot jest, krzesełko młodego ustawione, jeszcze tylko szczypta cukru, patrzę – są. „Mamo, pomogę ci” – sześcioletnia córka zaczyna się wdrażać w kobiece obowiązki. Nie trzeba, kochanie, umyj rączki, usiądźcie do stołu, nie trzeba, rączki, stół, nie trze… Trach!

 

moje emocje - moja decyzja

 

Słyszę tylko głos męża przekonujący córkę o tym, że nic się nie stało i dociera do mnie, co było zaszło kilka sekund temu tam za ścianą, a co nie byłoby zaszło, gdyby mnie 6-letnia decydentka była posłuchała i umywszy rączki, siadła do stołu. Uderzenie gorąca i automatyczne myśli pokroju „Wiedziałam!”. I w momencie, kiedy już miałam dać upust swojemu nagłemu wpienieniu, przyszło opamiętanie. Stanęłam przed decyzją, co zrobić dalej z tą sytuacją i ze swoją złością. Bo jeśli traktować każdą sytuację życiową jako zadanie i jeśli wierzyć w to, że jesteśmy zdolni do przekraczania siebie, to nie pozostaje nic innego, jak zaopiekować się swoimi emocjami, a poprzez to emocjami innych domowników.

Nie wiem, czy macie podobne doświadczenia, ale po latach małżeństwa i rodzicielstwa w końcu dotarło do mnie, że jestem prawdopodobnie główną matrycą emocji w naszym domu. Mąż może być nie w sosie i nikogo to nie rusza (w takim sensie, że nikt z pozostałych członków rodziny się tym byciem nie w sosie nie zaraża). Któreś z dzieci ma gorszy dzień, jest płaczliwe, markotne – podobnie, reszta funkcjonuje po swojemu. Kiedy za to matka rodziny jest rozdrażniona, wszyscy domownicy, niczym zarażeni jakimiś chorobotwórczymi drobnoustrojami, powielają jej nastrój. Kiedyś usłyszałam od swojego męża, że ciężko znosi mój okres. Im większy wgląd w emocjonalność naszego systemu rodzinnego, tym lepiej rozumiem to jego stwierdzenie. Nijak jednak nie potrafię dojść istoty takiego stanu rzeczy. Kiedyś do tego dojrzeję.

Tymczasem staram się troszczyć o emocjonalność mojej rodziny najlepiej jak potrafię, dlatego utrzymuję kontakt ze swoimi emocjami i próbuję je kontrolować. Nie, wcale nie tłumić i udawać, że nie pojawia się we mnie złość czy zniechęcenie. Mam jednak świadomość tego, że moje emocje (które warunkują dalsze zachowania, często niechciane) nie są bezpośrednim skutkiem tego, co się wydarza w świecie zewnętrznym czy też uzyskanych od innych ludzi informacji itp. Gdyby tak było, nie mogłabym mieć nad nimi żadnej kontroli i wpadałabym we wściekłość czy smutek za każdym razem, kiedy, dajmy na to, dzieci nie spełniałyby moich oczekiwań lub ktoś wbijał przysłowiową szpilę. Mam jednak świadomość tego, że moje odczucia i zachowania są wyprzedzane przez myśli – interpretacje, znaczenia nadawane zdarzeniom. I w tym miejscu pojawia się właśnie aspekt wolitywny – to ja podejmuję decyzję, w jaki sposób zareaguję na skrupulatnie przeze mnie przygotowane i rozbryzgane po podłodze i ścianach spaghetti, jak będę rozmawiać z dzieckiem, kiedy odmówi mi ono posłuszeństwa, czy będę warkotać na domowników, gdy mam okres itd.

Uogólniając sens tego, co napisałam powyżej, można powiedzieć, że:

moje myśli w danej sytuacji > wzbudzają moje uczucia > wyznaczają moje zachowania.

Oznacza to, że częściej niż nam się to czasami wydaje, możemy mieć wpływ na to, co odczuwamy i na nasze zachowanie. Zamiast więc maltretować w myślach to nieszczęsne spaghetti rozbryzgane po podłodze i ścianach, postanowiłam ukierunkować swoje myśli ku jakże uroczym chęciom mojej cudownej 6-latki. Wyobraziłam sobie jej małe rączki niosące wielki talerz tylekroć razy przeze mnie całowane. Jej wielkie oczy zdziwione na widok figlarnie splątanego makaronu, który jeszcze przed chwilą był o metr ponad podłogą.

Nie trwało to długo, bo po chwili usłyszałam klasyczne już „Natalia, przynieś szmatę”. I wiecie co? Przyniosłam tę szmatę z uśmiechem. Szczerym, szerokim uśmiechem, który po chwili ustąpił miejsce ustom układającym się do powiedzenia córce, że każdemu może się zdarzyć…

Wypowiedz się!

Komentarze

Komentarzy