Sanitariuszka

baby-165067_1280

Dwulatce nie potrzeba wiele. Wystarczy, by przebiegając machnęła ręką w krzesło. Już przybiega z rozpaczą i nieważne, że właśnie szoruję patelnię – tu i teraz w tej chwili mam pocałować. Moc tego pocałunku jest niepodważalna. Nie może być czuły uścisk, dobre słowo, spojrzenie pełne miłości. Kontakt usta-skóra w ściśle określonym fragmencie ciała i ani milimetr dalej, bo moc słabnie natychmiast.


Pięciolatka potrafi płakać bardzo długo i głośno, gdy młodsza siostra ją rąbnie. Niechby nawet rąbnęła niechcący, przypadkiem, biegnąc – nieważne. Nie ma litości i wybaczenia, a ukojenie przyniosą tylko ramiona matki. Receptą jest przebywanie w ramionach jak najdłużej, zatem angażowane są wszelkie rezerwy energetyczne – nie jest łatwo zawodzić i łkać przez bite 5 minut.
Ośmiolatek to już wiek poważny i byle głupstwo nie wyprowadzi go z nerw. Przy kolegach nawet cios piłką w twarz przyjmuje z uśmiechem. Ale czasem czara mu się przelewa, i wtedy też ratunku szuka u rodziców. Już bez zawodzenia i krokodylich łez, nie nie – jemu wypada tylko syczeć z bólu i powtarzać, jak strasznie cierpi. Godzinami.

Nie mam nic przeciwko leczeniu takich zranień. To nawet bardzo miłe, że człowiek dysponuje tak uzdrawiającym dotykiem.
Jednak gdy dotyk nie leczy natychmiast, a komunikowanie cierpienia przeciąga się i zaczyna być zbyt teatralne, moja empatia się kurczy. No ileż można powtarzać, że boli, ileż można płakać rozdzierająco, wciąż na nowo wzbijając decybele, ileż można krzyczeć do siostry „Czemu mnie uderzyłaś, czemu mi to zrobiłaś?!”.
I w którymś momencie nasuwa mi się ostre „Przestań histeryzować! Nie pieść się ze sobą!”.
Ale nie korzystam, bo kosztowałam tego w dzieciństwie i gorycz pamiętam do dziś.

Zatem rozcieram bolące kolanka, całuję stłuczone głowy, ocieram słone łzy. Gdy poszkodowany nakręca się tak, że sam już nie wie, co go boli, kojącym głosem podpowiadam, żeby oddychał spokojnie i miarowo, to ukoi ból. Gdy boli brzuszek, masuję. Gdy zasłabną nóżki, okrywam kocykiem i włączam ulubioną płytę.
Robię to, bo wiem, że czasem pod przykrywką takich fizycznych usterek kryją się jakieś grubsze sprawy. Niepowodzenia, niedocenienia, małe odrzucenia. Człowiek nie ma czasu ich kontemplować na co dzień, musi żyć dalej – ale skoro nadarzy się okazja trochę się ze sobą „popieścić”, można rozładować i wcześniejsze frustracje.

Dlatego tulę, masuję i głaszczę. A w zamian, gdy któreś mnie rąbnie przypadkowo skacząc po kanapie, zawszę dostanę soczystego buziaka i słodkie „przepraszam”.
I, co dziwne, to faktycznie leczy.

 

[Od redakcji: Tekst ukazał się 8 września 2013 na blogu dobrarelacja.pl. Dziękujemy za zgodę na publikację na naszym portalu.]

Wypowiedz się!

Komentarze

Komentarzy