Bicie, plucie i inne miłosne wyznania

Kawa z koleżanką. Pogrążona w rozmowie nie od razu rejestruję uczucie rytmicznego uderzania w przedramię; gdy w końcu zerkam w bok, widzę rozwścieczoną trzylatkę z piorunującym wzrokiem, okładającą mnie konsekwentnie.

child-636022_1280

Rodzinne popołudnie, gramy w grę planszową. Zabawa w pełni, emocje również – ze zdziwieniem przyjmuję więc fakt, gdy jedno z dzieci, nie uczestniczących w grze, nagle podchodzi i szczypie mnie w policzek.

Impreza ze znajomymi; gramy na gitarach i śpiewamy w najlepsze. Jedno z dzieci (moich) staje przede mną, wyzywająco wystawia język, po czym pluje w moim kierunku.

Rozważałam trochę, czy pisać na ten temat. Dziecko mnie bije – nie ma się czym chwalić, a dla niektórych pewnie przytoczone sytuacje to woda na młyn pn. “tak się kończy niestawianie granic”. I tym podobne.

A niech to, raz się żyje, a pewnie zaraz w komentarzach sypniecie lawiną przykładów z własnego życia. Nie jestem odosobniona.

Jak żyć w takich momentach?

Tylko spokój nas uratuje, całkiem poważnie.
Po pierwsze dlatego, że dzieci często nie wiedzą nawet, co czynią. Trzylatek, który pluje na rodzica, nie ma nawet połowy świadomości, czego się dopuścił. Jakie znaczenie niesie ze sobą ten gest. To my przypisujemy mu znaczenie ze świata dorosłych (no, i starszych dzieci). A mniejsze dziecko nie ma bladego pojęcia, czemu się tak unosimy. Przynajmniej za pierwszym razem.

No to jak, mam pozwolić na opluwanie mnie?

Ależ skąd! Przyznacie jednak, że pomiędzy przyzwalaniem na opluwanie a rozdzieraniem szat nad nieszczęsnym dzieckiem jest jeszcze parę innych możliwości.

Na przykład rozładowanie emocji. To drugi argument za zachowaniem spokoju, trudno bowiem, żeby ślepy wiódł kulawego. Ktoś w tej parze musi się opanować pierwszy i pomóc się opanować drugiemu.
Mimo wszystko dorosły ma większe na to szanse. Jak rozładować? Tradycyjnie najskuteczniejszym sposobem jest przytulenie, o ile dziecko chce. U nas aktualnie sprawdza się bujanie w ramionach, na tzw. “dzidziusia”. Odpędza najczarniejsze chmury, choć trochę opornie bywa na początku. Koniec końców są buziaki, tulenie i zapewnienia o dozgonnej miłości.

Zatem rozładowanie emocji – chętnie w parze ze znalezieniem źródła tego zachowania. Pluje raczej nie ze szczęścia, choć i to możliwe. Wkurzyło się? Jest znudzone? Próbuje zwrócić na siebie uwagę?
Ok, to mamy jakieś światełko. Pozostaje tylko kwestia pokazania mu, że swoje niezadowolenie może okazać w inny sposób. Że potrzebujemy tego innego sposobu, bo ten aktualny jest dość nieprzyjemny.
Jak to zrobić? Spokojnie (!) przytrzymać rękę lub nogę, spokojnie (!) powiedzieć np. najpierw
“Jesteś zdenerwowany, widzę to. Chciałeś, żebym ci dała kolejnego batonika.”
a dopiero potem
“Nie chcę, żebyś mnie kopał.“

Dlaczego akurat tak?

Bardzo często widzę/słyszę, że samo powiedzenie o odczuciach rodzica to za mało. Taki komunikat “nie chcę, żebyś…” jest oczywiście autentyczny i nieoskarżający, a jednak brakuje mu wyjścia w stronę dziecka, zauważenia, co się z nim dzieje. To może utrudniać dziecku zainteresowanie tym, co dzieje się z rodzicem.

Trzeci argument za zachowaniem spokoju jest taki, że dzieci często w ten sposób proszą o pomoc. “Jest mi źle, nie wiem, co robić, pomóż mi!” – tak brzmi komunikat, który chcą nam przekazać. Ich niedojrzałość emocjonalna sprawia jednak, że zanim ubiorą przekaz w słowa, działają.

Co z niego wyrośnie?

Prawdopodobnie całkiem fajne starsze dziecko, a potem młody człowiek. Serio, nie widziałam nigdy dziewięciolatka plującego na matkę lub szczypiącego ją, gdy mu na coś nie pozwala. Nie twierdzę, że takie historie się nie zdarzają, ale mam wrażenie, że są nieco rozdmuchiwane. I wpędzają nas w lęk, że jeśli nie zrobimy “czegoś” “z tym” teraz, natychmiast, to wyhodujemy sobie żmiję na własnym łonie.

Jeśli jednak spojrzeć na zachowanie dziecka jako wypływające z jego ogromnej niedojrzałości, nie głupoty czy złej woli, może nam być łatwiej nie bać się przyszłości. Zjawisko złej woli nie pozwala spać wielkim myślicielom, co dopiero zabieganym rodzicom (co oczywiście nie musi się wykluczać); na głupotę podobno nie ma lekarstwa; a z niedojrzałości najczęściej się wyrasta.
Zaryzykuję stwierdzenie, że cokolwiek zrobimy, dzieci i tak wyrosną z podobnych zachowań. Zdecydowana większość dzieci.
Nie warto się zamartwiać.

Kiedyś to było nie do pomyślenia, żeby dziecko tak się zachowało!

Przynajmniej do pierwszego razu. Wtedy definitywnie przekonywało się, że lepiej nie próbować. Na zewnątrz wszystko grało – dziecko było dobrze wychowane, ułożone, grzeczne. Szanowało rodziców.
Czy szanowało też w sercu, tego nie wiemy. Często pewnie nie. Po prostu nauczyło się kryć to, co naprawdę myśli, przeżywa. Niestety taka polityka wiąże się z podwójnymi kosztami. Z jednej strony odbiera możliwość poradzenia sobie z trudnymi emocjami (konieczne staje się ukrycie ich, zamiast konstruktywnego rozładowania), z drugiej osłabia relację (nie jest ważne, co czuję – ważne, jak się zachowuję. Zachowywałbym się inaczej, gdybym czuł się lepiej, ale nie ma nikogo, kto pomógłby mi tak się poczuć).
Dzieci od wieków są bardzo podobne. Podobnie niedojrzałe i potrzebujące wsparcia w dojrzewaniu. Twierdzenie, że kiedyś tak nie było jest dla mnie koloryzowaniem przeszłości.

Z szacunkiem jest jeszcze jedna ciekawa sprawa. Bicie wcale nie oznacza jego braku. To, że ze wszystkich osób w pokoju moje dziecko leje właśnie mnie, jest dość wyrafinowaną formą okazania mi uczucia.
Ono wie, że ze wszystkich wokół ja jestem najlepiej przygotowana do wsparcia go w trudnej sytuacji – znam je doskonale, kocham ogromnie, przyjmę jego emocje i pomogę mu je wyregulować. I będę kochać dalej. Stąd te pełne zdziwienia komentarze cioć, babć i opiekunów: “Nie wiem, co mu jest, przy mnie był taki spokojny”.
No pewnie, że był. Ja też wypłakuję stresy z pracy dopiero w domu, mężowi. Wypłakiwanie się przełożonemu mogłoby być nie na miejscu – mąż jest do tego o wiele lepiej przygotowany, zna mnie doskonale, kocha ogromnie, przyjmuje mnie wraz z moimi emocjami. Czy to znaczy, że nie szanuję męża?

Owszem, bicie samo w sobie nie jest oznaką szacunku. Zgoda – jednak o tym wiemy my, dorośli. Małe dzieci najpierw nie wiedzą, a nawet gdy się dowiadują, mija trochę czasu, zanim będą umiały zareagować łagodniej.
Będą uczyły się tego od nas. Im więcej łagodności doświadczą, tym łatwiej będzie im ją uznać za najlepszą formę wyrażania trudnych emocji.

 

[Od redakcji: Tekst ukazał się 25 stycznia 2015 na blogu dobrarelacja.pl. Dziękujemy za zgodę na publikację na naszym portalu.]

Wypowiedz się!

Komentarze

Komentarzy